Pustelnia

WYSOKO W GÓRACH

BRAT TADEUSZ RUCIŃSKI  FSC – napisał ten tekst będąc zainspirowanym  pobytem w naszej pustelni:

Czy dziwić się należy temu, że tam, gdzie najludniej, nie jeden ma poczucie pustki i osamotnienia, a na bezludziu, doznaje się często jakiejś pełni, a nawet czuje się więź ze stworzeniem i z bliskimi oddalonymi?

No tak, ale ilu z nas odważyło się przebywać na prawdziwym pustkowiu, nie uciekając zaraz stamtąd pomiędzy ludzi? Powtarzał, że jest urodzony do życia w mieście, czyli w ulicznym gwarze, tłoku, ruchu. Lubił czuć, jakmiasto tętni przyśpieszonym, a nawet gorączkowym rytmem. To było życie, jakby w ciągłym przyśpieszeniu i podnieceniu. Nie wyobrażał sobie zamieszkania na jakiejś sennej wioszczynie, gdzie nuda zżarłaby go chyba za kilka dni. Dlatego lubił biznes i giełdę, bo tu się wszystko nieustannie nakręcało i życie zamieniało się prawie w pościg…

Któregoś dnia jednak osunął się nagle w windzie i lekarz przy szefie zawyrokował: Przynajmniej tydzień jak najdalej od tego wszystkiego, pod obserwacją dobrego terapeuty, gdzieś w górach. Zawieźli go tam nazajutrz. Trzeba było już dojść kawał pieszo do… No, właśnie, spodziewał się jakiegoś sanatorium, a tu drewniana bacówka, bez prądu, telefonu, zasięgu dla komórki. Przywożący go powiedział, że dojdzie tu terapeuta ze Słowacji, a tymczasem niech sobie sam da radę i zabawi się w pustelnika.W środku było nader skromnie: drewniane łóżko, stolik, miednica, dzbanek… W szafce bochen chleba, pęta

kiełbasy, smalec… Nawet drewna nikt nie narąbał. Wziął siekierę, lecz nie bardzo mu szło. Długo biedził się z rozpaleniem ognia, który zapłonął w końcu równo ze zmierzchem. Nie miał siły jeść, tylko siedział wpatrując się w płomień, jak urzeczony. Kiedy wyszedł po następne polana, oniemiał wręcz, widząc niesamowicie rozgwieżdżone niebo i słysząc przeraźliwe cykanie świerszczy. Nigdy czegoś takiego nie widział. Aż poczuł dziwny dreszcz pod tą bezkresną, a tak bliską kopułą kosmosu.

Odruchowo sięgnął po komórkę, by koledze filmowcowi „nadać scenerię”, ale zasięgu nie było, a bał się zanurzyć w dookolny mrok. Usnął przy ogniu. W środku nocy coś, jak taranem, grzmotnęło w ścianę domku…

Zerwał się i w panice zamykał wszystkie okna i drzwi. Usiadł w końcu i rozdygotany zaczął się modlić, choć robił to chyba kilkanaście lat temu. Każdy obcy odgłos jeżył mu włosy… Przedrzemał do świtu. Na zewnątrz ujrzał ślady kopyt sporego zwierza…Nawet nie wiedział, jakiego. Klął po cichu, czekając na terapeutę, ale nagle niebo zaciągnęło się i lunął deszcz, a zaraz nadeszła burza. Niedaleko piorun rozszczepił potężnego świerka, a on czekał w trwodze, kiedy uderzy w jego schronienie.

I znów gorączkowo, potem już mniej modlił się aż do uspokojenia. Deszcz ustał, ale nikt nie przyszedł. Zjadł więc trochę, ale nie dało się zapalić ognia, bo drewno zamokło…I zegarek też. Poczuł się tu tak bezradny i bezsilny, on, który w mieście dokonywał wręcz cudów operatywności…

Trzeciego dzień zaczął poznawać otoczenie, oswajać je trochę, przysposabiać, klnąc cicho na spóźniającego się terapeutę. Tej nocy, nad ogniem w kominku, zacząłjakby oglądać twarze swoich bliskich. Pojął nagle, że ich nie zna, że nic ich prawie nie łączy, że on od nich uciekał. Zatrzymywał teraz jakby te twarze w sobie na dłużej i znów przyłapał się na czymś, jak modlitwa. Ciasne wnętrze bacówki jakby zaludniło się, poczuł jakby obecność, bliskość…

Resztę nocy przespał jak kamień. Obudziło go słońce i ptaki. Ten nowy dzień był jak obietnica, jak nadzieja czegoś zupełnie nieprzewidywalnego, ale…dobrego i pięknego. Wybiegł boso na trawę, ukląkł przy źródle, potem przesunął dwa głazy i zaczął rąbać zwalony przez burzę pień. Bolały go ręce, kark, ale z dziwną radością czuł, że tu wszystko JEST – nie wirtualnie, abstrakcyjnie – ma swój ciężar, zapach, kształt, smak…Wieczorem podsmażył na smalcu chleb i kiełbasę. Jadł powoli, nie liczył czasu i…nie chciał, by tamten przyszedł. A potem położył się na zroszonej trawie i wpatrywał w gwiazdy. I znów, jakieś głębokie westchnienie wyrwało się, jak modlitwa.

Siadł przy ogniu i na odwrocie jakichś blankietów zaczął pisać listy do swoich…Długo w noc. Gdy po tygodniu ktoś przyjechał po niego, roześmiał się, że podobny jest do Robinsona. A on spokojnie powiedział: „Wracaj i powiedz szefowi, że zostaję tu jeszcze na tydzień. I nikogo tu nie chcę, bo towarzystwo mam tu nadzwyczaj dobre.” Tamten spojrzał niespokojnie, czy czasem mu się coś w głowie nie przestawiło…Ale ten odpowiedział z uśmiechem, że…”wszyscy zdrowi”.

Bywa, że trzeba się oddalić, by ujrzeć lepiej; podjąć rozłąki, by się zbliżyć; wycofać, by ruszyć z prawdziwym impetem. A może miejską pustkę duszy uzdrowić może pustkowie i bezludzie, które zaludnia się sobą, Bogiem i aniołami swoich bliskich, teraz właśnie bliższych?